Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 6314
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 33

O mnie

Pamiętam jak na piątek urodziny dostałam moją pierwszą maszynę do szycia, taką małą zieloną, która mogła przeszyć tylko delikatne materiały. Dostałam ją żeby nie grzebać już przy babcinej maszynie i nie obcinać lalkom włosów (nigdy nie mogłam pojąć dlaczego nie odrastają) i w ten oto sposób zaczęła się moja przygoda z szyciem. Pierwsze „kreacje”, jakie wyszły spod jej igły były oczywiście dla lalek. Nie chciałam, żeby moja barbi (ta też się nią bawiłam) miała różowe cekinowe stroje, wolałam coś, co bardziej przypominało cichy prawdziwych ludzi.  Szyłam dla niej masę ubrań, szmatek wyszukiwałam w babcinej szafie z materiałami, u krawcowych albo cięłam stare ciuchy. Muszę przyznać, że powstawały z tego naprawdę świetne rzeczy taliowane sukienki, spodnie, bluzki, płacze z futerkiem… wszystkie te ubranka nadal są w moim domu zapakowane i schowane na strychu i przypominają mi moją dziecięcą radosną twórczość (być może kiedyś zamieszę zdjęcia kilku z nich).

Później „dorosłam” i do szycia (na jakiś czas) demotywował mnie moja pani od techniki, która jak przyniosłam uszytą przez siebie lalkę do szkoły (takie mieliśmy zadanie) powiedziała, że na pewno sama tego nie zrobiłam (bo niby za mała jestem) i dała mi -4 (w podstawówce taka ocena i to z techniki była dla mnie naprawdę ciosem) i wtedy postanowiłam, że to koniec odstawiłam moją zieloną maszynę do szycia w kąt i stwierdziłam „to nie dla mnie” i oddałam się mojej innej pasji, czyli malowaniu (nadal bardzo to lubię) i zaczęłam- ale to już trochę później- tworzyć pierwsze projekty ubrań. Co prawda nie ujrzały one nigdy światła dziennego (i pewnie tak pozostanie), ale ważne, że powstały.

Później długo, długo nic… (no dobrze poświęciłam się innym zajęciom min. „zaliczyłam” taniec nowoczesny, ale to inna historia).

Tak sobie myślę, że zakupy „ciuchowe” uwielbiałam od zawsze! Ale zakupoholizm w pełnej krasie objawił mi się na studiach, kupowałam na potęgę nie zwracając uwagi na to, czy coś faktycznie jest mi potrzebne (tak, swój punkt G odkryłam na końcu wyrazu shopping). Nie byłoby może w tym nic złego (no bardzo złego), ale jak napiszę, że poważnie naruszyło to moją płynność finansową to będzie to eufemizm. W efekcie sama na siebie nałożyłam „bana” i szerokim łukiem omijałam wszystkie miejsca pokus- rozwiązaniem było też nie noszenie przy sobie pieniędzy Później jak moje długi zaczęły się kurczyć i na nowo mogłam oddać się zakupowemu szaleństwo doszłam do wniosku, że tak naprawdę ciuchy z sieciówek nie do końca mnie satysfakcjonują (każdy wygląda tak samo) więc ubrań zaczęłam poszukiwać w małych nieznanych sklepach w ciucholandach i na strychu- naprawdę znalazłam tam niemało świetnych „szmat”. I w ten oto sposób reaktywowałam w sobie chęć do szycia, przerabiania etc.

Podsumowując, chcę, aby ten blog był poświęcony modzie, ale w nieco innym wydaniu. Nie będę tutaj prezentowała (chyba, że jako element stroju) ubrań z sieciówek. Znajdą się tutaj szyte i przerabiane przeze mnie ciuchy, które udało mi się gdzieś wygrzebać. Będę też krok po kroku wyjaśniała jak je zrobiłam (ile szczegółów zdradzę, czas pokaże).

Jeśli chcecie się ze mną skontaktować piszcie na: misssis.blog@gmail.com